Wywiad z Bartkiem Miklasem

LIPIEC 1, 2018 Marta Tułacz

Bartek Miklas – jogin i magister politologii. Równolegle z jogą praktykuje Buddyzm Zen. To wszystko zaczęło się od przypadkowych zajęć w-fu, a teraz jest sensem jego życia. Od 18 lat zajmuje się jogą wg metody B.K.S. Iyengara, a od 12 lat prowadzi własną szkołę.

Marta Tułacz: Kim jest jogin?

Bartek Miklas: Mówiąc najprościej jest to osoba, która praktykuje jogę.

Jak zaczęła się twoja przygoda z jogą?

B: W trakcie studiowania nauk politycznych, przegapiłem zapisy na w-f. Wszystkie dyscypliny były już zajęte, a żeby zaliczyć semestr musiałem się na coś zapisać. Mój kolega był nauczycielem jogi i akurat prowadził zajęcia na uniwersytecie we Wrocławiu. Wpisał mnie na listę, która była już zamknięta. Tak zacząłem chodzić na jogę – od pierwszych zajęć wsiąkłem w to na maksa.

 

Co jest najważniejsze w praktyce jogi?

B: Mój nauczyciel mawia: ‘Yoga is a disappointing subject’. Im dłużej się ją praktykuje, tym bardziej działa ona jak lustro. I najczęściej w tym lustrze widzi się ‘disappointing subject’. Można zobaczyć samego siebie i najczęściej to nie jest miłe. W powszechnym pop-kulturowym mniemaniu joga jest związana ze zdrowiem, śmiechem, energią, młodością, ruchem, wszystkim co bardzo pozytywne. I to jest prawda, ale tylko jej część – to jest najczęściej pierwsze 8 – 10 lat. Po prostu z czasem przychodzi moment, kiedy odkrywamy, że ciało jest tylko narzędziem do głębszej pracy nad sobą. Odkrywamy zupełnie inne obszary, a joga staje się naszym lustrem. Bardzo często porównuję to do bycia z partnerem lub bycia rodzicem – dziecko jest naszym lustrem. Dzieci są szczere i otwarte, często mówią rodzicom to, czego oni nie chcieliby usłyszeć. Tak samo z partnerami – jeśli jest się z kimś dłużej, to ta osoba jest naszym lustrem. Tak jak partnera i dzieci, nie można ich zaniedbać, bo od razu nam to zakomunikują. Dokładnie tak samo jest z jogą. To narzędzie, które pozwala nam świadomie się zmieniać.

 

Czy joga jest dla każdego?

B: Tak. Każdy może praktykować jogę, ale należy do tego podejść rozsądnie. Jest dużo różnych rodzajów jogi i na przykład starsza pani, która ma schorowane plecy, nie może pójść na power jogę. Jeżeli ktoś ma problemy zdrowotne, może sobie zaszkodzić zamiast pomóc, dlatego trzeba wybrać odpowiednie dla siebie zajęcia. Moja nauczycielka mówi ‘Joga to nie jest jedno danie, to całe menu’ – każdy może coś sobie wybrać, każdy może coś zjeść. Tylko trzeba robić to mądrze. Jednemu będzie smakować to, a drugiemu co innego, a czymś innym może się zatruć. Uczciwie muszę przyznać, że sam już za bardzo się w tym nie orientuję. Co roku pojawia się jakaś nowa metoda, ostatnio nawet joga dla psów… Są metody, w ramach których można znaleźć zajęcia zarówno dla osób młodych, starszych, klasy dla pań w ciąży, klasy terapeutyczne, a są metody, w ramach których mogą praktykować tylko osoby silne i zdrowe. Możliwość wyboru jest duża, najważniejsze to mądrze go dokonać.

Jakiej rady udzieliłbyś osobie, która dopiero zaczyna swoją przygodę z jogą?

B: Sprawdzić nauczyciela i jego metodę, bo jest mnóstwo sposobów praktykowania jogi. To ma swoje wady i zalety. Zalety są takie, że jest coraz większy dostęp do jogi, a wady, że bardzo ciężko jest zweryfikować jej wartość. Według mnie, pierwsze pytanie jakie powinno się zadać nauczycielowi to: czy praktykuje jogę codziennie oraz ‘Dlaczego to robi?’. Jeśli będzie potrafił odpowiedzieć, to znaczy, że jest godny zaufania. Dobrze jest też „pogrzebać” trochę w historii metody, której uczy. Ja zajmuje się hatha jogą, a dokładniej metodą w ramach hatha jogi, stworzoną przez B.K.S. Iyengara.

 

Praktykujesz Buddyzm Zen. Opowiesz o tej praktyce?

B: Zacząłem praktykować Buddyzm Zen równolegle z jogą, a właściwie mogę powiedzieć, że Buddyzm Zen był pierwszy. Jestem szczęściarzem, że mi się to przydarzyło, bo te dwie ścieżki bardzo się dla mnie uzupełniają, dlatego że w jodze w tej części świata nie ma tak zwanych ‘guru’ (to duże słowa, ale troszkę tak jest). Większość nauczycieli to po prostu instruktorzy – tak, jak ja. Robię to 18 lat a czuję, że dopiero zaczynam cokolwiek z tego rozumieć. Natomiast mój nauczyciel zen jest „po prostu” oświeconą osobą. Praktyka z nim jest nie do przecenienia. To, czego nie mam w jodze, znajduję w zen. I na odwrót. Zen w przeciwieństwie do jogi jest bardzo wymagającą ścieżką i nie jest dla wszystkich. Z tego punktu widzenia okazałem się podwójnym szczęściarzem. W wieku pięciu lat przeszedłem kilka poważnych operacji nogi, bioder i kolana, po których pozostały mi bardzo głębokie i bolesne blizny. W skrócie, joga pozwoliła mi siedzieć w zen, a zen pozwolił mi wytrwać w jodze.

Jak to się stało, że otworzyłeś własną szkołę jogi?

B: To nie była przemyślana decyzja, a raczej spontaniczne działanie. Nie miałem biznes planu, ani przemyślanej strategii – po prostu zacząłem uczyć. Mój nauczyciel zen zawsze powtarza, że z owocami naszej pracy powinniśmy się dzielić z rodziną i społeczeństwem, inaczej nie ma ona sensu. Tak też uczył B.K.S. Iyengar, podkreślał że powinniśmy wszystko sprawdzić na sobie, a potem po prostu się tym dzielić. Myślę, że bardziej lub mniej świadomie tak właśnie zaczęło się moje uczenie. Nigdy nie zapomnę jaki byłem sztywny i w jak kiepskiej byłem kondycji. Zaledwie po kilku latach to wszystko się zmieniło.

 

Czy Wrocław jako miasto okazał się w jakiś sposób pomocny?

B: Nie. Mieszkamy w Polsce, tu nikt nikomu nie pomaga. Nie chcę żeby to zabrzmiało negatywnie, chodzi mi o to, że poza gronem najbliższej rodziny i znajomych kończy się przestrzeń na myślenie o spontanicznej pomocy. Żyjemy w kraju, w którym przestrzeń publiczna dopiero się tworzy – to trochę pokłosie naszej historii. W gruncie rzeczy odkąd pamiętamy mogliśmy liczyć tylko na siebie, a nie na państwo.
Nie mogę powiedzieć, że Wrocław mi jakoś przeszkadzał, choć czasami zastanawia mnie duża ilość pustych lokali, stojących tak od lat. Nikt z nich nie korzysta, a miasto nic z nimi nie robi. Ostatnio szukam miejsca, w którym mógłbym „osiąść” na stałe. Ceny są po prostu astronomiczne, a obok stoi pusty miejski lokal. Coś tu nie gra.

Bycie joginem to sposób życia, ale czy można też traktować jogę jako biznes?

B: Joga nie ma za wiele wspólnego z biznesem. To jest zupełnie inna forma funkcjonowania człowieka. Każdy z nas potrzebuje zarabiać, żeby się utrzymywać, ale czym innym jest samorozwój, a czym innym zarabianie pieniędzy. Praktyka wymaga dużo czasu i komfortu, o który trudno kiedy zajmujemy się zarabianiem pieniędzy. W gruncie rzeczy to jest najtrudniejsze w praktyce jogi „na zachodzie”. Przypomina to nieustanne balansowanie na linie, pomiędzy mieć, a być. W Indiach istniał kiedyś jasny podział na trzy etapy w życiu człowieka (każdy po 20 lat), dorastanie i naukę, gromadzenie i zajmowanie się rodziną, oraz czas przeznaczony na praktykę duchową i dzielenie się wszystkim ze społeczeństwem. Nasz model społeczeństwa to wyklucza, pracujemy ciężko do 60 / 65 roku życia, próbując łączyć wszystkie te elementy w jednym. Potem nagle się budzimy i okazuje się, że właściwie nie wiemy o co chodzi w życiu.
Joga i zen wybudza mnie z tego stanu dzień po dniu. Jest to trudne, czasami bolesne, ale w sumie warto.

Dlaczego Wrocław?

B: Tu kończyłem studia, tu poznałem mamę mojej córki, tu mam przyjaciół i znajomych. Uwielbiam Wrocław. Mam kilka tysięcy zdjęć tego miasta i kiedyś dużo o nim czytałem. Pomimo wojny, komuny i ostatnich lat bezhołowia, to wciąż jest piękne miejsce i dobrze mi się tutaj żyje. Tylko razi ignorancja i głupota z jaką to miasto jest niszczone.

 

Zdjęcia do artykułu wykonała Kasia Bielak

 

  Artykół z www.typowro.pl